poland

Maciej Geming: Jarocin Festiwal 2017 (dzień trzeci)

I choć trudno mi pisać o muzyce zagranej podczas mszy, to nie wyobrażam sobie, by ją pominąć. Józef Skrzek pokazał klasę – wyraźnie odcisnął osobiste (muzykalne i emocjonalne) piętno, jednocześnie nie robiąc z tych kilku wejść występu. Wszystko co zagrał, naturalnie wrosło w kontekst, a każdy utwór miał swoją wagę i znaczenie: Odlot, Pielgrzym, Dwa Braty (?), Z których krwi krew moja… wszystko w ascetycznych aranżacjach, na głos wsparty wyłącznie rejestrem pianina lub hammonda. Poruszająco wypadły też partie ostrej, metalicznej, harmonijki, pojawiające się w trakcie wyczytywania nazwisk zmarłych muzyków. Ważne chwile.

Po wstępie i rozwinięciu, przyszedł czas na zakończenie.

Jarocin Festiwal 2017 (dzień trzeci)

Później zdążyłem jeszcze na końcówkę spotkania z Pawłem Tańskim i ucieszyła mnie  – szczera, odważna, solidnie uargumentowana i swobodnie wyartykułowana – odpowiedź na pytanie o to, czy możemy mówić o stylu Niemena jako twórcy tekstów. Wymiana zdań, skutecznie kładąca grunt pod odsłuch Marionetek z taśmy matki.

Odsłuch, jak najbardziej, udany – brzmienie było przede wszystkim głębsze i cieplejsze niż wydana niedawno przez Polskie Nagrania / Warner Music Poland wersja. Poza trąbką Andrzeja Przybielskiego, klarowną tylko w Com Uczynił, każdy instrument zyskał, przez co niemal orkiestrowego rozmachu i jeszcze większej dosadności nabrało Requiem dla Van Gogha, a uderzająco i wyraźnie ukazała się, choćby, różnica w artykulacji Czesława Niemena i Józefa Skrzeka. Podczas solówki tego drugiego (Com Uczynił), naszła mnie – oparta o fragmenty zaprezentowane w ruinach – refleksja, że to do dziś ta sama ręka i nie mniej niż 45 lat temu zdecydowana myśl, nasycająca i definiująca dźwięk.

Jedyną rysą okazały się banalne i nieco nadęte, opowieści przerywniki Piotra Metza  dominowała autopochwalna narracja, z wisienką na torcie w postaci dwóch zdań: „posłuchamy i zobaczymy ile zdzierżymy” na starcie oraz pod koniec „no jak już Requiem państwo zdzierżyli to Sariusz i Inicjały pójdą szybko”. Nie mam nic przeciwko temu, że pan redaktor nie lubi Requiem, ale taka zbitka, na tle wcześniejszych (i późniejszych), egzaltowanych zapewnień o tym jak uwielbia Marionetki, wypadła osobliwie.  Prezentacja płyty pokazała również, że uzyskany przez Niemena w 2007 efekt to nie żarty. Tamta edycja dodała muzyce wielu cech, których brak – nawet w tak dobrych warunkach – dawał się we znaki.

Na koniec wybrałem dwa koncerty. Nad pierwszym nie chcę się wyzłośliwiać, ale pozostawił jak najgorsze wrażenie. Ani na chwilę repertuar sensu stricto nie miał istotnej pozycji, zostając raczej sprowadzonym do roli przerywnika pomiędzy zrytualizowanym zestawem, wyrzucanych co chwila, błazeńskich komend (zróbcie hałas dla teściów, rodziców, dziadków! / wszyscy wkręcamy żarówy! / czas na najstarszy taniec świata – kaczuszki!). Szkoda. A priori założyłem, że O.S.T.R. spróbuje zbudować, odpowiadający jego możliwościom, prawdziwie muzyczny nastrój. Uważam, że taki przebieg i formuła wydarzenia są, przynajmniej po części, pójściem na łatwiznę, co wypacza sens recytowanych efektownie tekstów, zmieniając ich pierwotną siłę w… groteskę.

Tomasz Stańko opowiadał wcześniej trochę o tym, jak widzi występ w Jarocinie i – przyznaję – jego samoświadomość, nie pierwszy raz, delikatnie mnie onieśmiela. Zaczęli od trwającej kilkanaście (?) minut wymiany energii, co jakiś czas wznoszącej napięcie na kolejny poziom. W jednej chwili, te mieszane aktywnie języki stały się czytelne. Nagłośnienie przypominało warunki klubowe (!), a silna reakcja publiczności zapewne udzieliła się muzykom – z czasem, widoczna na scenie satysfakcja doprowadziła do brawurowego otwierania form. Yankiels Lid to jeden z referencyjnych przykładów: pewny, idący w przód puls, gięty zuchwale podstawowy motyw, a następnie seria improwizacji, których pełen elastycznej ostrości rdzeń przełamywał – charakterystyczny dla nowojorskiego kwintetu w ostatnich latach – dworski i dumny ton, czego wymownym obrazem był tryskający z instrumentu lidera potok śliny. Jego rozprężona śmiałość owocnie konweniowała z delikatnie rozpuszczonym brzmieniem skrzydłówki Enrico Ravy i oszczędnymi przecięciami Geralda Cleavera, który utrzymywał drive nawet ciszą, a w tej zewnętrznej dyskrecji wciąż uobecniała się ścisła i burzliwa niewzruszoność.

Choć solówki reszty składu nie robiły porównywalnego wrażenia (czasem przegadane, okresowo zakłócające spójność kompozycji, niekiedy pozbawione charakteru i pomysłowości), nie wpłynęły na moją ocenę całości – dalece najlepszy koncert festiwalu i więcej niż wymarzone zakończenie.

Ostatecznie, pomimo kilku pomniejszych i poważniejszych zarzutów, uważam tę edycję Jarocina za najlepszą w jakiej uczestniczyłem. Życzę organizatorom odwagi w budowaniu imprezy na nowo i mam szczerą nadzieję, że… zobaczymy się za rok.

Maciej Geming: Jarocin Festiwal 2017 (dzień pierwszy)

Od chwili ogłoszenia kilku pierwszych zespołów, poczułem delikatne ukłucie ekscytacji. Gdy w kolejnych dniach okazało się, że impreza regularnie przyjmuje, niemałą, dawkę przygan (co zresztą trwa do dziś), wytworzyła się między nami jakaś – łechcząca moją próżność – więź. Później przyszła szczera ciekawość, bo poza koncertami ogłoszono serię wydarzeń (niemal) edukacyjnych, nastawionych na kontakt z uczestnikami. Wówczas pojawiły się też pierwsze obawy – czy aby nie spodziewam się zbyt wiele?

Jarocin Festiwal 2017 (dzień pierwszy)


Piątek okazał się szansą na spotkanie z zespołami, których płyt nie ma i najpewniej nigdy nie będzie w mojej kolekcji. Od lat mam dystans do grubo ciosanego, riffowego grania, ale Dezerter poważnie zaskoczył i może nie chwycił za gardło, ale na pewno silnie uścisnął dłoń.

Dominowały wyraziste, wypuszczane konsekwentnie i z jakimś szlachetnym uporem, trafienia. Solówki Roberta Matery momentami onieśmielały – często zawiłe, nieortodoksyjne, zacierające na kilka chwil jednoznaczność muzyki, ale też niewytrącające całości z obranego kursu. W krótkich przebiegach potrafił zawrzeć czytelny, pełen werwy, treści i pomysłów komunikat. Gra Krzysztofa Grabowskiego, choć prosta, przewidywalna i niekiedy naznaczona krzywiznami, pozostawała też swoiście pewna (podobnie jak praca Jacka Chrzanowskiego na basie), a przez to… wystarczająca. Bisy wprowadziły delikatną dezorientację – nagle, poziom energii wzrósł, by finał (Ostatnia chwila) wręcz zaparł dech. Z jednej strony świetnie, a z drugiej nie dawało mi spokoju pytanie o to, jak odebrałbym występ, gdyby również podstawowy program został zagrany z podobnym zaangażowaniem… Tak czy siak – bardzo solidny koncert, wsparty zuchwałym i selektywnym nagłośnieniem.

Krzysztof Zalewski wcześniej nie zatrzymywał mojej uwagi i po wysłuchanym koncercie, nic się nie zmieniło. Teoretycznie, eklektyzm prezentowanych kompozycji mógł zadziałać – nie brakowało nagłych, estetycznie radykalnych, zmian w kolejnych częściach utworów i choćby odważnej żonglerki środkami wyrazu (brzmienia akustyczne, elektronika, błyszczący Duesenberg). Ostateczny efekt był jednak (zewnętrznie) chaotyczny i (wewnętrznie) jałowy. Chaos wynikał wprost z braku jakiegokolwiek wykonawczego porozumienia – w grupie każdy umiejscawiał swoje partie właściwie, ale nic ponadto. Wokal zaś – choć technicznie bez zarzutu – odebrałem jako pretensjonalny i pozbawiony wewnętrznego ciężaru. Skodyfikowany zestaw zachowań scenicznych oraz mętna realizacja („kartonowe” bębny, nieprecyzyjne klawisze) nie pomagały w odbiorze. Wykonany może nieźle, ale na pewno nie zagrany, koncert.

20 minut później zainstalował się Hey i słowo, które ciśnie mi się na usta to… uśmiechnięty, bo było – tylko i aż – miło. Może obecnie nie zaskakują i nie grają szczególnie żywiołowo, ale wszystko co dzieje się na scenie nosi ślad naturalności, akceptacji, szczerości, radości i brzmi przekonująco. Nie odczułem też dychotomii pomiędzy repertuarem przepełnionym elektroniką, a tym organicznym, gitarowym – emocjonalny rdzeń był stały i spójny. Szczególną uwagę zwracał bas – plastyczny i nieco rozpuszczony, ale też zdecydowany i obecny, a trzy najstarsze fragmenty przyniosły nowy kolor. Oczywiście, muzycznie te jednowymiarowe i względnie toporne piosenki, odstawały od reszty, ale udało się przemycić coś z ich pierwotnej, przyciągającej bezczelności i siły i mimo, że przed Arahją (dokładnie 2/3 długości występu) moja percepcja przestała pracować i dźwięk odbierałem wyłącznie ciałem (granica trzech godzin komfortowego przyjmowania muzyki okazała się nieprzekraczalna), to dobre wrażenie pozostało do końca. Patrząc więc na pierwszy dzień całościowo – dobry start.