wmigthegig

Maciej Geming: Rozmowa z Mateuszem Pospieszalskim / 15.07.2017 / Jarocin Festiwal

Nie myślałem o spotkaniu z Mateuszem przed 2018 rokiem, bo – mówiąc szczerze – w ostatnim podejściu dowiedziałem się naprawdę wiele. Gdy jednak do odtwarzacza powędrował jego najnowszy album, natłok pytań był zbyt duży by go zignorować, choć teraz i on i ja wyrzucamy sobie, że nie widzieliśmy całego koncertu Pere Ubu.

Rozmowa z Mateuszem Pospieszalskim / 15.07.2017 / Jarocin Festiwal

Dla mnie żadna emocja na TRALALA nie jest definitywna. Każde odczucie, które mam podczas słuchania jest otwarte i składa się przynajmniej z trzech elementów, często pozornie przeciwstawnych. Czy to znaczy, że nie lubisz jednoznaczności w muzyce i to niedookreślenie było jakimś celem przy tworzeniu płyty, czy zupełnie się mylę? (śmiech)

Absolutnie! Uwielbiam rzeczy niedookreślone i choć zawsze staram się czerpać z siebie, to interesuję się światem i uwielbiam słuchać nowych rzeczy. Z tego rodzą się odkrycia i nagle możesz powiedzieć: „O, znowu jeszcze jeden księżyc!”. Ta płyta jest bardzo różnorodna i niektórzy to odrzucają, nie rozumiejąc, jak można łączyć ogień z wodą, a można! Ja jestem trochę jak mrówka – coś przeniosę, coś zagram, gdzieś pofrunę… I faktycznie, nie lubię pełnych zamknięć stylistycznych, dlatego, że świat, kosmos i cała przestrzeń muzyczna jest otwarta. Tak, jak jest wiele planet, tak mamy mnóstwo gatunków muzycznych. Mało tego! Ja się czuję odpowiedzialny za występujący tutaj eklektyzm ze względu na to, że funkcjonuję w różnych środowiskach. Uwielbiam grać w przeróżnych sytuacjach – od ścisłych aranżacji, poprzez piosenki z tekstem, a skończywszy na free. Funkcjonuję w jazzie rock’n’rollowym, mainstreamowym… Moja muzyczność bierze się z tego wszystkiego i mam w sobie takie półeczki – i co? Jak nagrywam płytę, to nie wolno mi mieszać piosenki z free? Kto mi na to nie pozwala? Jestem wolny i podkreślam tę wolność. Wiele się zmieniło. Wcześniej funkcjonowałem w tej klaustrofobii, zamknięciu, kiedy wszystko, co amerykańskie czy zachodnie człowiek odbierał jako skarb, jako symbol wolności, a teraz to już stało się równoprawne. Nie mam kompleksu muzyki zachodniej i to jest zdobycz pełnej wolności – nie muszę grać jak Amerykanin i uwielbiam się utożsamiać nawet z najbardziej prymitywną muzyką jaka mnie otacza.

Powiedziałeś o free i piosenkowości. To mnie szalenie ciekawi – czy to znaczy, że do tej otwartej formy musisz coś dołożyć? W zeszłym roku powiedziałeś, że free jazz jest łatwy do ściemniania, czy to oznacza, że czegoś ci w nim brakuje?

Nie, nie. Ja po prostu, czysto świadomie, nie zdefiniowałem tej płyty. Pojawiło się wiele elementów, o których możemy rozmawiać, a tę przestrzeń wykorzystałem po to by pokazać, że nie ma granic. Piosenka nie musi być rozgrywana typowo. Możemy w niej zawrzeć ogrom innych elementów i tak od końca patrząc, wiele z nich jest w muzyce, którą kreuję w innych zespołach – Tie Breaku, w Voo Voo i tak dalej…

Tylko nie w taki sposób!

No tak, bo ja to jestem ja (śmiech). Dla kogoś to może być zbyt obsceniczne… Są to elementy bardzo podzielone, ale innej drogi nie widzę. Bo jeżeli melodia wyjściowo ma jakieś emocje, to dlaczego ich nie pokazać różnorodnie? Inaczej? Mnie interesują 2,3,4 światy… I tak się stało, że skonstruowałem melodię i tekst tak, że wchodzimy w muzykowanie poza klasycznym rezonansem.

No dobrze, to jeśli już miałbym tę płytę dzielić na światy, to jednym z nich jest warstwa tekstowa. Jest wielu autorów, ale jako całość, to jest bardzo spójne. Czy ty nakreśliłeś autorom jakąś podstawową tematykę, w której mają się poruszać?

Oczywiście. To było pod pełną kontrolą. Inaczej nie miałoby sensu. Bo jeśli mówimy o eklektyczności, to w sensie tego co mnie dotyka i ciekawi. Tekst jest jednym z elementów tej układanki i ma bardzo konkretny przekaz. Zaprosiłem do napisania tekstów ludzi z którymi się przyjaźnię i myślę, że właśnie dzięki temu słowo na tej płycie jest spójne. Praca odbywa się bez zbędnych tłumaczeń, bo jest przelot i komunikacja między ludźmi, która wyznacza naszą wiedzę – jesteśmy na podobnym poziomie odczuć.

Powiedziałeś o kontroli – za miks i mastering nie byłeś odpowiedzialny, ale byłeś producentem płyty. Jaką miałeś koncepcję względem brzmienia i jak wyglądała współpraca z muzykami? Ile dostali wolności? Pytam, bo dla mnie to wszystko brzmi fantastycznie, wiesz – jak słuchałem wersji dostępnych w internecie, to one mnie odepchnęły…

No tak. Zdegradowane brzmienie.

Ale kiedy dysk znalazł się w odtwarzaczu, to zwariowałem…

Już ci wszystko mówię – kręci mnie wspólnota muzyczna i jako muzykant realizuję się na scenie. Dlatego priorytetową sprawą przy nagrywaniu tego materiału było podejście przeciwne do popowego. Nie było tak, że każdy dogrywał instrument do ścisłej struktury, tylko określiliśmy formę na próbie i nagranie odbyło się na setkę. Zagraliśmy wspólnie w studio, żeby przepływ emocji był taki, jak na koncercie, choć bez publiczności to oczywiste, że to się nie do końca udaje… ale słychać wspólnotę brzmienia. Druga rzecz, już techniczna, dotyczy samego nagrania. Wybrałem miejsce, które jest dla mnie ważne, czyli studio na Myśliwieckiej. Kiedyś M1, teraz studio im. Agnieszki Osieckiej. Ja tam zostawiłem za sobą parę nagrań, również tych pierwszych z Tie Breakiem i słuchając tych rzeczy z przeszłości okazało się, że one brzmią. Niewiele się z tego brzmienia zestarzało. To studio ma swój charakter. Oczywiście nie miałbym też oporu, by robić to w innym miejscu i wiadomo, że trochę było ruszania poziomami, za które przecież odpowiadał Jacek Gładkowski, bo to przecież bardzo ważne, kto siedzi w reżyserce za sterami he he.

Co podczas tych koncertów, które już się odbyły, wydarzyło się nowego?

Lubię grać koncerty – jest inna energia, rzucamy się w publiczność, w świat i emocje, które nie są namacalne. A i formy są dłuższe. Jak stoję przed kimś, to za coś odpowiadam, nie mogę się cofnąć i wszystko, co zostało zrobione zostawia swój ślad. Bagaż, którego nie możesz przerwać, ani zmienić – to istnieje – i to właśnie się zmieniło.

To teraz, nie żebym się tłumaczył, ale przyznam, że zmieniłem zdanie. Kiedy pierwszy raz rozmawialiśmy o płycie powiedziałem ci, że mi się ten perkusista nie podoba, a to bzdura. Po prostu na próbkach w internecie nie ma tak wyraźnych wysokich tonów i nie słyszałem tego, co on robi na talerzach, a to są fantastyczne historie. Wtedy mówiłeś, że bardzo musiałeś o niego walczyć. Na czym polegała ta walka i dlaczego tak ci na nim zależało?

Walka była czysto terminowa – jest bardzo zajęty, jeździ dużo po Europie i nie tylko. Jest bardzo zdolny i cieszę się ogromnie, że zagrał na płycie, ale z drugiej strony, zabrakło mobilności. Ja jestem człowiekiem, który nie chce się określać, również środowiskowo. I Marek mnie zainspirował! Nagrał płytę z dwoma ludźmi z zagranicy i wnieśli nową przestrzeń – mają inne podstawy, szkolnictwo, na czym innym się wychowują, inne są ich inspiracje, a niby są zza miedzy, ale to, że odczucia i emocje są inne, czuć wyraźnie. Bardzo mi zależało na tym, by to zawrzeć i uważam, że udało się. Wprowadzanie takiego novum to dla mnie zastrzyk świeżości – dostaję inny grunt, muszę inaczej funkcjonować i ta muzyka działa inaczej, ale nie mówię tego w kategoriach wartościujących – na koncertach gram z innym perkusistą, który naprawdę jest świetny.

To teraz drugi, nie mniej zaskakujący dla mnie, element. Ja byłem pewien, że całość zaśpiewasz sam, a głos kobiecy – tu zahaczamy trochę o to, co w pierwszym pytaniu – wprowadził dwuznaczność emocjonalną. Czy ty pewnych emocji na których ci zależało nie potrafiłeś przekazać indywidualnie, czy i tym razem przekornie złamałeś pewien paradygmat?

Tak, przyczepię się do tego paradygmatu. Chciałem mieć jakiegoś gościa z doświadczeniem muzycznym, ale w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że mam pod swoim skrzydłem kogoś, kto śpiewa naprawdę dobrze. I zaangażowałem Barbarę, ponieważ przy jej wokalu czuję się dobrze i spełnia moje oczekiwania. A czysto technicznie – jak gram na barytonie to ktoś musi śpiewać, he he. Z tego powodu na płycie są też momenty, kiedy śpiewa Marek z Barbarą i też Max, a ja wtedy sobie gram na barytonie! Podpisuję się pod tym obiema rękami i obiema nogami. Wiem, że to jest dobre, gdyby takie nie było, nie podjąłbym tej decyzji.

Mówiłeś sporo o koncepcji, technikaliach, emocjach, kontroli – czy finał cię jednak czymś zaskoczył? Wyszedł poza plan? Czy płyta na pewnym poziomie stała się jednak inna niż twoje wyobrażenie?

Tak. Jest inna. Jest za dużo wokalu Baśki (śmiech), ale nie miałem innego wyjścia (śmiech). A na poważnie – za mało jest otwarć, rozgrywań, bo zbyt dużo tematów wziąłem i to są największe zaskoczenia. Mimo to myślę, że te kompozycje są dobre i dlatego je zostawiłem. Jestem też instrumentalistą melodykiem, jestem też… piosenką. Jeszcze jedno! Miałem tekst do utworu „W deszczu” i zrezygnowałem z niego. Okazał się zbyt trudny do śpiewania, natomiast instrumentalnie, uważam, że brzmi świetnie. Tak naprawdę wszystkie te numery, w wersjach instrumentalnych dałyby sobie świetnie radę i dlatego jest pytanie o granicę – co ma być śpiewane, a co nie? Tak żebym był usatysfakcjonowany, to na płycie zawarłbym może 4 piosenki, ale ponieważ jestem płodny, to wolałem je zostawić, bo jakby to leżało rok czy dwa, to później bym je wszystkie wyrzucił do kosza, bo nie lubię się oglądać za siebie. Lubię iść do przodu. Wiedza starca – zrobić, zamknąć i iść dalej. I uwielbiam to! Czas w którym funkcjonuję i który został zamknięty. Ale poczekaj… Teraz ja zadam ci pytanie. Tak na serio i bez ściemy – podoba Ci się ta płyta?

Nie do wiary (śmiech), przecież inaczej byśmy nie gadali! Opowiem Ci trochę o tym. Jak przeczytałem pierwsze informacje prasowe, że to będą elementy ludowe, przestrzenie free jazzowe i piosenka, to byłem przekonany, że pojawi się ścisły podział, na te 3 części. A to jest wszystko razem! Nie mogłem w to uwierzyć. Pierwsze 4 numery, jak już ich słuchałem w skupieniu, mnie wysadziły w powietrze! Bo ta muzyka jest bardzo zagęszczona i w nieoczywisty sposób się zakrzywia. Pojawiają się zwroty, które się zgadzają formalnie, ale występują tak nagle i zdecydowanie, poniekąd przetrącając wcześniejszy kontekst, że emocjonalnie mam wrażenie obcowania z czymś trochę nieobliczalnym. Efektem umysłu, jednocześnie stabilnego i dążącego do porządku, ale wewnętrznie wywrotowego, co wprowadza destabilizację, ale w określonej strukturze. I ona ogromnie mnie ciekawi, jest elektryzująca. Dzikość, ale nie wyłącznie w sensie ekspresji, tylko przede wszystkim MYŚLI i koncepcji. Jak to nazwać? Powiedziałbym chyba, że to dzikość intelektualna. Mam nadzieję, że się nie obrazisz za to co powiedziałem. (śmiech).

(śmiech) Nie, spokojnie.

Wiesz co? Miałem kończyć i mieliśmy rozmawiać tylko o płycie, ale nie mogę się pohamować, bo te elementy nam tu nieustannie wracają. Na koniec – dla Ciebie ważniejsza jest forma czy wykonanie?

Tu nie ma granic! One nie przebiegają tak jakbyś chciał, nie ma odpowiedzi, choć jestem formistą jeśli chodzi o kompozycję. A jeśli chodzi o improwizację, to jednak też – żeby przejść do kolejnego elementu, trzeba jednak coś zbudować. Te rzeczy wspaniale się łączą, zawsze, nawet we free. Ja tak mówię free, free, free… Nie ma free. Free jest wolnością nieokreślania tego co robię, ale forma funkcjonuje, ona tam cały czas jest. Pojawia się przepływ jakieś energii, a koncerty całkowicie wyimprowizowane są świetne dlatego, że koncepcja polega na bardzo szerokim otwarciu ucha i wzajemne uzupełnianie się kilku poziomów świadomości, skutkuje budowaniem… Formy! Nawet w całkowitej bezplanowości, muzykę zamyka czas. On jej nadaje ramy. Tak jak z malowaniem! Ja z tajbrekowcami – i kilkoma przyjaciółmi, lat temu 30, robiliśmy takie rzeczy. Kupowaliśmy tanie wino i potem chlapaliśmy farbą po jakichś płachtach, gazetach i był chaos, a w pewnym momencie przejechałeś pędzlem lub jakimś innym narzędziem, na przykład żyletką i nagle mówiłem – Koniec! To jest to! I to jest free, ale w chwili gdy tę totalną chlapankę jakoś zakończysz, to gdzie tu jest free? Paradoks, ale to właśnie ten element formy i określenia granic. Ale uwaga! Nie ma granic jeśli chodzi o liczbę ramek. Ich jest nieskończenie wiele. Pytanie dotyczy tego, w jaką ramkę to włożymy.

Fotografia: Maks Krybus

Maciej Geming: Jarocin Festiwal 2017 (dzień trzeci)

I choć trudno mi pisać o muzyce zagranej podczas mszy, to nie wyobrażam sobie, by ją pominąć. Józef Skrzek pokazał klasę – wyraźnie odcisnął osobiste (muzykalne i emocjonalne) piętno, jednocześnie nie robiąc z tych kilku wejść występu. Wszystko co zagrał, naturalnie wrosło w kontekst, a każdy utwór miał swoją wagę i znaczenie: Odlot, Pielgrzym, Dwa Braty (?), Z których krwi krew moja… wszystko w ascetycznych aranżacjach, na głos wsparty wyłącznie rejestrem pianina lub hammonda. Poruszająco wypadły też partie ostrej, metalicznej, harmonijki, pojawiające się w trakcie wyczytywania nazwisk zmarłych muzyków. Ważne chwile.

Po wstępie i rozwinięciu, przyszedł czas na zakończenie.

Jarocin Festiwal 2017 (dzień trzeci)

Później zdążyłem jeszcze na końcówkę spotkania z Pawłem Tańskim i ucieszyła mnie  – szczera, odważna, solidnie uargumentowana i swobodnie wyartykułowana – odpowiedź na pytanie o to, czy możemy mówić o stylu Niemena jako twórcy tekstów. Wymiana zdań, skutecznie kładąca grunt pod odsłuch Marionetek z taśmy matki.

Odsłuch, jak najbardziej, udany – brzmienie było przede wszystkim głębsze i cieplejsze niż wydana niedawno przez Polskie Nagrania / Warner Music Poland wersja. Poza trąbką Andrzeja Przybielskiego, klarowną tylko w Com Uczynił, każdy instrument zyskał, przez co niemal orkiestrowego rozmachu i jeszcze większej dosadności nabrało Requiem dla Van Gogha, a uderzająco i wyraźnie ukazała się, choćby, różnica w artykulacji Czesława Niemena i Józefa Skrzeka. Podczas solówki tego drugiego (Com Uczynił), naszła mnie – oparta o fragmenty zaprezentowane w ruinach – refleksja, że to do dziś ta sama ręka i nie mniej niż 45 lat temu zdecydowana myśl, nasycająca i definiująca dźwięk.

Jedyną rysą okazały się banalne i nieco nadęte, opowieści przerywniki Piotra Metza  dominowała autopochwalna narracja, z wisienką na torcie w postaci dwóch zdań: „posłuchamy i zobaczymy ile zdzierżymy” na starcie oraz pod koniec „no jak już Requiem państwo zdzierżyli to Sariusz i Inicjały pójdą szybko”. Nie mam nic przeciwko temu, że pan redaktor nie lubi Requiem, ale taka zbitka, na tle wcześniejszych (i późniejszych), egzaltowanych zapewnień o tym jak uwielbia Marionetki, wypadła osobliwie.  Prezentacja płyty pokazała również, że uzyskany przez Niemena w 2007 efekt to nie żarty. Tamta edycja dodała muzyce wielu cech, których brak – nawet w tak dobrych warunkach – dawał się we znaki.

Na koniec wybrałem dwa koncerty. Nad pierwszym nie chcę się wyzłośliwiać, ale pozostawił jak najgorsze wrażenie. Ani na chwilę repertuar sensu stricto nie miał istotnej pozycji, zostając raczej sprowadzonym do roli przerywnika pomiędzy zrytualizowanym zestawem, wyrzucanych co chwila, błazeńskich komend (zróbcie hałas dla teściów, rodziców, dziadków! / wszyscy wkręcamy żarówy! / czas na najstarszy taniec świata – kaczuszki!). Szkoda. A priori założyłem, że O.S.T.R. spróbuje zbudować, odpowiadający jego możliwościom, prawdziwie muzyczny nastrój. Uważam, że taki przebieg i formuła wydarzenia są, przynajmniej po części, pójściem na łatwiznę, co wypacza sens recytowanych efektownie tekstów, zmieniając ich pierwotną siłę w… groteskę.

Tomasz Stańko opowiadał wcześniej trochę o tym, jak widzi występ w Jarocinie i – przyznaję – jego samoświadomość, nie pierwszy raz, delikatnie mnie onieśmiela. Zaczęli od trwającej kilkanaście (?) minut wymiany energii, co jakiś czas wznoszącej napięcie na kolejny poziom. W jednej chwili, te mieszane aktywnie języki stały się czytelne. Nagłośnienie przypominało warunki klubowe (!), a silna reakcja publiczności zapewne udzieliła się muzykom – z czasem, widoczna na scenie satysfakcja doprowadziła do brawurowego otwierania form. Yankiels Lid to jeden z referencyjnych przykładów: pewny, idący w przód puls, gięty zuchwale podstawowy motyw, a następnie seria improwizacji, których pełen elastycznej ostrości rdzeń przełamywał – charakterystyczny dla nowojorskiego kwintetu w ostatnich latach – dworski i dumny ton, czego wymownym obrazem był tryskający z instrumentu lidera potok śliny. Jego rozprężona śmiałość owocnie konweniowała z delikatnie rozpuszczonym brzmieniem skrzydłówki Enrico Ravy i oszczędnymi przecięciami Geralda Cleavera, który utrzymywał drive nawet ciszą, a w tej zewnętrznej dyskrecji wciąż uobecniała się ścisła i burzliwa niewzruszoność.

Choć solówki reszty składu nie robiły porównywalnego wrażenia (czasem przegadane, okresowo zakłócające spójność kompozycji, niekiedy pozbawione charakteru i pomysłowości), nie wpłynęły na moją ocenę całości – dalece najlepszy koncert festiwalu i więcej niż wymarzone zakończenie.

Ostatecznie, pomimo kilku pomniejszych i poważniejszych zarzutów, uważam tę edycję Jarocina za najlepszą w jakiej uczestniczyłem. Życzę organizatorom odwagi w budowaniu imprezy na nowo i mam szczerą nadzieję, że… zobaczymy się za rok.

Maciej Geming: Jarocin Festiwal 2017 (dzień pierwszy)

Od chwili ogłoszenia kilku pierwszych zespołów, poczułem delikatne ukłucie ekscytacji. Gdy w kolejnych dniach okazało się, że impreza regularnie przyjmuje, niemałą, dawkę przygan (co zresztą trwa do dziś), wytworzyła się między nami jakaś – łechcząca moją próżność – więź. Później przyszła szczera ciekawość, bo poza koncertami ogłoszono serię wydarzeń (niemal) edukacyjnych, nastawionych na kontakt z uczestnikami. Wówczas pojawiły się też pierwsze obawy – czy aby nie spodziewam się zbyt wiele?

Jarocin Festiwal 2017 (dzień pierwszy)


Piątek okazał się szansą na spotkanie z zespołami, których płyt nie ma i najpewniej nigdy nie będzie w mojej kolekcji. Od lat mam dystans do grubo ciosanego, riffowego grania, ale Dezerter poważnie zaskoczył i może nie chwycił za gardło, ale na pewno silnie uścisnął dłoń.

Dominowały wyraziste, wypuszczane konsekwentnie i z jakimś szlachetnym uporem, trafienia. Solówki Roberta Matery momentami onieśmielały – często zawiłe, nieortodoksyjne, zacierające na kilka chwil jednoznaczność muzyki, ale też niewytrącające całości z obranego kursu. W krótkich przebiegach potrafił zawrzeć czytelny, pełen werwy, treści i pomysłów komunikat. Gra Krzysztofa Grabowskiego, choć prosta, przewidywalna i niekiedy naznaczona krzywiznami, pozostawała też swoiście pewna (podobnie jak praca Jacka Chrzanowskiego na basie), a przez to… wystarczająca. Bisy wprowadziły delikatną dezorientację – nagle, poziom energii wzrósł, by finał (Ostatnia chwila) wręcz zaparł dech. Z jednej strony świetnie, a z drugiej nie dawało mi spokoju pytanie o to, jak odebrałbym występ, gdyby również podstawowy program został zagrany z podobnym zaangażowaniem… Tak czy siak – bardzo solidny koncert, wsparty zuchwałym i selektywnym nagłośnieniem.

Krzysztof Zalewski wcześniej nie zatrzymywał mojej uwagi i po wysłuchanym koncercie, nic się nie zmieniło. Teoretycznie, eklektyzm prezentowanych kompozycji mógł zadziałać – nie brakowało nagłych, estetycznie radykalnych, zmian w kolejnych częściach utworów i choćby odważnej żonglerki środkami wyrazu (brzmienia akustyczne, elektronika, błyszczący Duesenberg). Ostateczny efekt był jednak (zewnętrznie) chaotyczny i (wewnętrznie) jałowy. Chaos wynikał wprost z braku jakiegokolwiek wykonawczego porozumienia – w grupie każdy umiejscawiał swoje partie właściwie, ale nic ponadto. Wokal zaś – choć technicznie bez zarzutu – odebrałem jako pretensjonalny i pozbawiony wewnętrznego ciężaru. Skodyfikowany zestaw zachowań scenicznych oraz mętna realizacja („kartonowe” bębny, nieprecyzyjne klawisze) nie pomagały w odbiorze. Wykonany może nieźle, ale na pewno nie zagrany, koncert.

20 minut później zainstalował się Hey i słowo, które ciśnie mi się na usta to… uśmiechnięty, bo było – tylko i aż – miło. Może obecnie nie zaskakują i nie grają szczególnie żywiołowo, ale wszystko co dzieje się na scenie nosi ślad naturalności, akceptacji, szczerości, radości i brzmi przekonująco. Nie odczułem też dychotomii pomiędzy repertuarem przepełnionym elektroniką, a tym organicznym, gitarowym – emocjonalny rdzeń był stały i spójny. Szczególną uwagę zwracał bas – plastyczny i nieco rozpuszczony, ale też zdecydowany i obecny, a trzy najstarsze fragmenty przyniosły nowy kolor. Oczywiście, muzycznie te jednowymiarowe i względnie toporne piosenki, odstawały od reszty, ale udało się przemycić coś z ich pierwotnej, przyciągającej bezczelności i siły i mimo, że przed Arahją (dokładnie 2/3 długości występu) moja percepcja przestała pracować i dźwięk odbierałem wyłącznie ciałem (granica trzech godzin komfortowego przyjmowania muzyki okazała się nieprzekraczalna), to dobre wrażenie pozostało do końca. Patrząc więc na pierwszy dzień całościowo – dobry start.